jest super, jest super, więc o co Ci cho…

2008 październik 5

taaa…

jest bosko.
M. i K. na skraju, prawie że, załamania nerwowego.
Nastroje takie, że lepiej nie zbliżać się na dystans mniejszy, niż dwa kilometry.
Bo gryziemy. Mocno.

Pracy nie ma, nie ma też perspektyw na szybką zmianę stanu rzeczy.

Dodatkowo, z racji totalnego zapomnienia – skończył się prąd.
Mamy takiego śmiesznego simplusa na prąd. I, kurwa, zapomnieliśmy o tym.
W związku z czym teraz siedzę na wifi podpierdalanym jakiemuś frajerowi zza ściany i czekam tylko, aż mnie wywali z sieci.
Nie wspomnę o tym, że bateria w moim lapsie pewnie też niedługo polegnie sromotnie w walce z wyczerpaniem.

Ujmując rzecz krótko: chujnia z grzybnią, doprawiona pierdolnią. Żyć, nie umierać.

A naprawdę starałem się, kurna, nie marudzić już tutaj.
Nie wyszło.
Ale to nie moja wina.

Jak to zostało powiedziane:
Nikt nie mówił, że będzie łatwo, ale nikt nie wspominał, że będzie AŻ TAK trudno.

A jednocześnie nie mogę (tu piszę w swoim imieniu tylko) wrócić do Gdańska. Oznaczałoby to przyznanie się do porażki, a na to mej wielkiej męskiej dumy nie stać. Nie w momencie, kiedy są jeszcze jakiekolwiek szanse na poprawę.
Więc będę cierpieć, wegetować, wkurzać się i narzekać. Ale nie wrócę.