Mój Prywatny Horror A.D. 2009
Był piękny, sierpniowy dzień (w listopadzie…). Szli sobie M. i K. ulicą, kiedy nagle pękło niebo. Słońce zmieniło się w krwistoczerwoną kulę ognia, coraz większą i większą. Temperatura rosła, podobnie jak panika wszystkich ludzi na świecie. Kobiety i dzieci piszczały jak opętane, a mężczyźni…cóż…mężczyźni też spierdzielali, gdzie się dało. Cała odwaga świata na nic się nie zdawała. Wszyscy i tak mieli zginąć.
5 minut później wszystkie stacje radiowe świata nadawały wiadomość o tym, że morza wystąpiły z brzegów, a lasy stanęły w płomieniach.
Obywatele krajów świata rzucili się na siebie z braku lepszego sposobu ulokowania strachu. Pociski latały wszędzie i wszystkich zabijały, choć i tak niedługo ich pracę miało wykonać coś innego…
Zbliżał się koniec świata, jaki znamy i w którym żyjemy. Cywilizacje i gatunki miały wyginąć, kontynenty zatonąć a morza zagotować się.
A wszystko to spowodowała jedna rzecz, jedna czynność, trwająca, może, godzinę.
M. wszedł z K. do baru wegetariańskiego. Co gorsza, zjadł tam posiłek. Był to pierwszy raz w jego życiu, kiedy zjadł coś w miejscu nie serwującym mięsa.
I przeżył.
Świat się kończy!
